|
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus...
Witamy na naszej stronie internetowej.
|
Zapowiedzi wydarzeń i najnowsze informacje:1% - sam decyduj, na co idą Twoje podatki
Kolęda AD 2012 - podsumowanie
Św. Demokracja i faszystowscy heretycy
30 stycznia 1933 r. Adolf Hitler został kanclerzem Niemiec. Przejęcie władzy odbyło się zgodnie z regułami demokracji.
Dawno, dawno temu, przy okazji dyskusji o generale Pinochecie i jego rządach wojskowych w Chile napisałem, że gdyby w 1933 roku jakiś niemiecki generał obalił zamachem stanu demokratycznie wybranego kanclerza Hitlera (tak jak generał Pinochet obalił w Chile marksistowskiego prezydenta Allende), i wytracił ze dwa – trzy tysiące jego zwolenników, a resztę zamknął w obozach (tak jak generał Pinochet potraktował u siebie lewicowców) – to wówczas kilkadziesiąt milionów ludzi pożyłoby sobie znacznie dłużej. Jednak w takim wypadku dzisiejsze media i politycy płakaliby rzewnie nad smutnym losem niemieckich nazistów oraz demokracji podeptanej zbrodniczo przez wojskowych.
„Głos ludu”
Demokracja to „rządy ludu”, władza sprawowana (przynajmniej teoretycznie) w imieniu większości obywateli. Demokracja sprawdzała się lepiej lub gorzej w różnych epokach, w różnych państwach i kulturach. Miała swoje sukcesy, jak i sromotne klęski.
Niewątpliwie ustrój ten posiada istotne zalety. Jedną z nich jest kadencyjność władz – kiedy „głos ludu” wyniesie do władzy jakiegoś idiotę albo złodzieja, zawsze możemy mieć nadzieję, że dożyjemy końca jego kadencji. W przypadku dożywotnio sprawującego władzę króla czy dyktatora moglibyśmy tej radosnej chwili nie doczekać.
Kłopot z tym, że współcześnie „władza ludu” otaczana jest prawdziwym kultem, często groteskowym. Demokracji przypisuje się nieomylność, ma być ona lekarstwem na wszelkie bolączki tego świata. Dziś można mówić o nowej świeckiej religii – z własnymi dogmatami, „świętymi” księgami, kapłanami...
Ludzi traktujących demokrację sceptycznie (głoszących, że trudno bezkrytycznie wielbić ustrój, w którym dwóch głupców przegłosuje jednego mądrego) ogłasza się publicznymi wrogami, niczym dawnych bluźnierców i heretyków.
„Eksperci”
Jak wygląda współczesna demokracja „od kuchni”? Dzisiaj przeciętny, statystyczny polski wyborca czyta pół książki na rok, z gazet najbardziej ceni te plotkarskie, zaś wśród programów telewizyjnych preferuje te odmóżdżające. Skutkiem powyższego ma trudności ze zrozumieniem artykułu prasowego, albo prostej informacji w Wiadomościach TV. Mówi się o „Pokoleniu SMS” - o ludziach, którzy nie potrafią przeczytać tekstu dłuższego niż sześć wyrazów, bo im się zaraz szare komórki zaczynają gotować od nadmiernego wysiłku (a są i tacy, o których można powiedzieć, że posiadają już tylko jedną komórkę – telefoniczną).
I właśnie tacy „eksperci” w dniu głosowania dokonują wyboru – to oni decydują, kto będzie sprawował pieczę nad sterem państwa i podejmował decyzje wpływające na nasze codzienne życie. Również, kto będzie zarządzał naszymi finansami.
Charakterystyczne są wyniki głosowań w zakładach karnych. Przez długie lata rząd dusz wśród skazanych kryminalistów dzierżył Sojusz Lewicy Demokratycznej. Potem zaczęła zwyciężać tam Platforma Obywatelska. W ostatnich wyborach wśród więziennej braci łeb w łeb szły PO oraz Ruch Palikota.
To nie jest tania złośliwość, tylko powód do poważnego zastanowienia się - czemu akurat te formacje zdobyły sobie taki szacunek wśród społeczności „uczciwych inaczej”?
Dwójmyślenie
13 grudnia ub. roku, przy okazji corocznych roztrząsań wokół stanu wojennego, w Wiadomościach Telewizyjnych wystąpił pewien mocno zafrasowany socjolog. Dziwił się on strasznie, że wedle wiarygodnych sondaży większość społeczeństwa polskiego uznaje decyzję o wprowadzeniu stanu wojennego za słuszną. A zarazem, jak mówią sondaże, większość Polaków... potępia sprawców stanu wojennego!
Pan socjolog stwierdził bezradnie, że widocznie ankietowani jakoś muszą te sprawy godzić w swych umysłach. Mnie to nie dziwi. Już nie. Bo jakoś bardzo pasuje mi to do postawy ludzi, którzy w dniu wyborów, zaraz po Mszy św., szli głosować na komunę albo na Palikota. Chwilę wcześniej składali rączki do modlitwy, gromko deklarowali: „Wierzę w jeden święty, powszechny i apostolski Kościół!” - a potem biegli do urn oddawać władzę nad Polską osobnikom, którym przeszkadza krzyż, lekcje religii albo zakaz ćwiartowania dzieci.
Widać ci wyborcy są z tej samej szkoły, co tamci ankietowani – jakoś to wszystko godzą, w tych swoich mózgach.
Faszysta Mieszko i demokrata Hitler
Nie od rzeczy jest przypomnieć tutaj dyskusje o Marszu Niepodległości z 11 listopada ub. roku. Jak pamiętamy, jego organizatorom i uczestnikom zarzucono głoszenie faszyzmu i nazizmu.
Podczas telewizyjnej debaty pewna pani (z tytułem naukowym, a jakże!), nie mogąc przedstawić konkretnego dowodu na wznoszenie przez demonstrantów haseł wielbiących Mussoliniego i Hitlera, zacytowała fragment deklaracji programowej jednej z organizacji współorganizujących Marsz. Otóż dowodem na faszyzm miał być fakt, że... (wstrzymajcie oddech!) organizacja ta sprzeciwia się demokracji!
Uff! W tym momencie zastępy faszystów niepomiernie wzrosły. W takim ujęciu faszystami byli również nasi monarchowie, którzy zupełnie nie troszczyli się o rozwój życia partyjnego wśród poddanych. Ot, taki Mieszko I wprowadzając chrześcijaństwo zapomniał ogłosić w tej sprawie ogólnokrajowego referendum, tylko zwyczajnie kazał pościnać „święte” dęby, zaś poddanym nie przestrzegającym postów – powybijać zęby. Taaak, krwawy faszysta!
Albo taki Władysław Łokietek. Podczas buntu niemieckich mieszczan w Krakowie wcale nie podjął partnerskiego dialogu z opozycją, ani nie zagwarantował praw mniejszościom narodowym, tylko nakazał recytować buntownikom kwestię: „Soczewica, koło, miele, młyn”, a konsekwencje wobec tych, którzy nie potrafili poprawnie się wysłowić, były niewesołe.
Podejrzewam, że pani demokratka, tak beztrosko dzieląca świat na demokratów i nazistów, musi mieć wielki problem z datą 1 września 1939 r. Toż wybuchła wtedy wojna między Polską, w której od trzynastu lat sprawowała władzę ekipa piłsudczyków, co doszli do władzy na drodze krwawego wojskowego zamachu stanu – a Niemcami, których wódz, Herr Adolf Hitler, zdobył władzę legalnie, i rządził popierany przez ogromną większość rodaków.
Prawo Liczby
Nie chcę bawić się w ciasne doktrynerstwo. Jak napisałem wyżej, bywały sytuacje, w których demokracja się sprawdziła. Jednak protestuję, gdy mówią mi, że coś jest słuszne tylko dlatego, „bo większość jest za”; „bo wszyscy tak robią”; „bo musisz podporządkować się demokracji”...
Niczego nie muszę. Pamiętam, że kiedyś chodził po ziemi i nauczał Człowiek, którego zamordowano dlatego, że przegrał demokratyczne referendum. Ponieważ demokratyczna większość krzyknęła: „Ukrzyżuj Go! Uwolnij Barabasza!”. Wtedy Prawda przegrała z Liczbą. Jednak – czy naprawdę przegrała?
Andrzej Solak, Wzrastanie - styczeń 2012
|
Wolność, Równość, Kłamstwo
Rzeź ludności Wandei to jedna z czarnych plam na sumieniu Francji. Od czasów Wielkiej Rewolucji historycy mieli dbać, by Francuzi nie pamiętali o tej zbrodni. Kłamstwo wandejskie wyszło na jaw, ale jego demaskatorzy są dziś prześladowani.
Wandea jest raną, która przynosi chwałę – napisał Victor Hugo w „Roku 93”. W wojnie domowej o Wandeę brał udział jego ojciec, Hugo więc w książce spisał relację naocznego świadka: okrucieństwo o wyjątkowej skali. Z Wandejczyków zdzierano żywcem skórę i robiono z niej ubrania dla wojska, wbijano ich na pale, topiono na tratwach. Hugo nie użył jednak słów „terror” ani „ludobójstwo”. O Wandei we Francji milczano przez ponad sto lat.
Stéphan Courtois, wybitny francuski historyk: – Masowe zbrodnie w Wandei popełnione między latem 1793 r. a wiosną 1794 r. były ukrywane i maskowane przez historyków republikańskich, potem przez komunistycznych. Robespierrowscy historycy dostali rozkaz, by dbać o rozprzestrzenianie narodowej amnezji o zbrodniach w Wandei. Do dziś to temat tabu na naszych uczelniach.
I temat niebezpieczny, bo ci, którzy mówią o Wandei prawdę, są dziś szykanowani przez… państwo. Jak Reynald Sécher, historyk, który kwestią Wandei zajmuje się od ponad 30 lat. Kiedy po raz pierwszy w swojej pracy naukowej o wojnie w Wandei użył określeń „ludobójstwo” i „eksterminacja”, zwolniono go z Sorbony.
Tymczasem z dokumentów, które ujawnił, wynika jasno: w Wandei doszło do ludobójstwa i pierwszej na tak wielką skalę eksterminacji ludzi. Chodziło o to, by wymordować najbardziej katolicki lud we Francji. A potem zniszczyć dowody zbrodni. Francja tej prawdy nie chce przyjąć.
Zniszczyć Kościół
Na hasło „Wandea” sporo Francuzów reaguje: „A tak, wojna domowa, epizod”, lub: „Robespierre rozgromił tam chłopów, którzy stanęli w obronie króla”, albo jak napisał mi znajomy Francuz: „W Wandei nie było żadnego ludobójstwa! To demagogia. By się przekonać, wystarczy sięgnąć po badania i książki Jeana-Clementa Martina, dyrektora Instytutu Historii Rewolucji Francuskiej!”. Faktycznie przywołany Instytut, jak cała Francja, rewolucję gloryfikuje, a na temat Wandei rozprzestrzenia kłamstwa. Zaprzecza nawet, że region Wandei należał do najbardziej katolickich w kraju, oraz że prześladowania księży osiągały tam apogeum. – Bito ich, zdzierano z nich skórę, wieszano, nabijano na pale, podpalano żywcem – opowiada Reynald Sécher. – Mamy w swojej historii tysiące takich jak wasz bł. ks. Jerzy Popiełuszko.
Publikacja pierwszej książki Reynalda Séchera pt. „Ludobójstwo francusko-francuskie. Wandea departament zemsty” w 1996 r. wywołała burzę we Francji. Zagotowało się w środowisku historyków, huragan przetoczył się przez prasę. Jak można nazywać „ludobójstwem” masakrę 200 tys. osób? – oburzano się. Sécher, wówczas jeszcze profesor na paryskiej Sorbonie, przedstawił dowody, liczby, plany i strategię przywódców Rewolucji Francuskiej wobec mieszkańców Wandei.
– Próbowano mnie szantażować i zmusić do wycofania książki z obiegu oraz negacji moich dowodów. Nie zgodziłem się. Zwolniono mnie najpierw z liceum, gdzie wykładałem, a potem z uczelni – wspomina.
Na krótko o Wandei zrobiło się cicho. Książkę Séchera zrzucono do tzw. drugiego obiegu. Ale zdążyła przedostać się na rynki europejskie. Za znakomitą i skrupulatną uważa ją prof. Andrzej Roszkowski: – Faktem jest, że w historiografii Francji skwapliwie temat Wandei przemilczano. Kiedy otwarłem podręcznik dla licealistów francuskich, nie znalazłem tam ani wzmianki o tym, że w Wandei masowo mordowano księży i zakonnice. Laicka Francja wycięła to z pamięci swoich pokoleń. Prof. Roszkowski jest zaskoczony, że życiorysy kilkuset męczenników za wiarę, którzy zginęli w Wandei, są gorzej udokumentowane niż np. męczenników koreańskich czy wietnamskich. – Dziś Kościół francuski o to nie dba – dodaje.
Dlaczego? – Bo się boi – wyjaśnia mi Reynald Sécher – bo państwo mogłoby zmieść resztki obecności Kościoła z przestrzeni publicznej. Zaczęłaby się we Francji wojna niemal religijna.
Na pytanie skierowane do diecezji Luçon w Wandei o stosunek Kościoła do wojny wandejskiej, otrzymałam niejednoznaczną odpowiedź: „Zdajemy sobie sprawę z rozkazów, jakie wydał Komitet w Paryżu, by zniszczyć naszą ludność, wyciąć lasy , wybić bydło. (…) Jednak niekoniecznie trzeba od razu nazywać to ludobójstwem. Raczej »narodobójstwem« (…) Jeśli chodzi o księży, mieli przecież wybór między uchodźstwem a prześladowaniami”. Odpowiedź ta jedynie potwierdza opinię o lęku trawiącym Kościół we Francji.
Głośno o wandejskich męczennikach mówił Jan Paweł II. 99 z nich wyniósł na ołtarze 19 lutego 1984 r. „Trwali mocno przy Kościele (…) w kontekście wielkich napięć ideologicznych, politycznych i militarnych spoczęło na nich podejrzenie o niewierność ojczyźnie, oskarżono ich o sprzyjanie siłom »kontrrewolucyjnym«. (…) Nie ma żadnej wątpliwości co do ich determinacji, nawet pod groźbą utraty życia, pozostania wiernymi temu, czego wymagała od nich wiara”.
Ziemia wielkich i świętych
Wandea to niewielki, przytulony do morza departament, niecałe 10 tys. km kw., na zachodzie Francji. Ziemia, która wydała m.in. Ludwika Grignion de Montfort (autor słynnego traktatu o NMP, z którego Jan Paweł II zaczerpnął „Totus Tuus”). W emblemat Wandei wpisane są krwawiące serce i krzyż. Reynald Sécher pracując nad jej historią, odkrył swoje wandejskie korzenie. To pobudziło go do dalszych badań. Dotarł do dokumentów podpisanych przez Komitet Ocalenia Publicznego (organ powołany przez Konwent, czyli zgromadzenie prawodawcze z czasów rewolucji, który miał opanować kryzys w państwie), nakazujących zagładę ludności wandejskiej, w pierwszej kolejności kobiet i dzieci (te ostatnie uważane za przyszłych nosicieli pamięci) oraz szybką deportację tych, którzy nie zostaną wybici.
Sécher: – Chodziło o wyniszczenie ludności, zmazanie z mapy regionu, który był głęboko katolicki i jako jedyny stanął w obronie i króla, i księży w czasie Rewolucji Francuskiej. Najbardziej szokuje fakt, że decyzje o eksterminacji, w postaci dwóch dokumentów z 1 sierpnia 1793 r., wydały oficjalnie najwyższe organa państwowe. – Wandeę należało spalić i zniszczyć, tak by stała się regionem niezamieszkanym.
W opinii publicznej największy szok wywołało użycie przez Séchera sformułowania „eksterminacja”. – Ja tylko cytuję Robespierre’a. Treść rozkazu Komitetu Ocalenia Publicznego dla gen. Turreau w Wandei brzmiała bowiem tak: „Przeprowadzić eksterminację wszystkich powstańców, do ostatniego człowieka. Spalić ich farmy, wygnieść tych tchórzy jak pchły. Skruszyć tych ohydnych Wandejczyków”.
Kłamstwo i szantaż
Kwestia wandejska wraca jak bumerang do debaty społecznej i politycznej. Kiedy w 1993 r. na obchody 200. rocznicy masakry w Wandei zaproszono Aleksandra Sołżenicyna, lewica francuska skoczyła Wandejczykom do gardła. Były rosyjski więzień gułagu wygłosił w Wandei (obchodom rocznicy nigdy nie nadano rangi państwowej) płomienne przemówienie. Określił w nim terror z 1793 r. i wandejską wojnę jako „preludium zbrodni przeciw ludzkości w XX wieku” i zrównał ze zbrodniami komunizmu i nazizmu. Kiedy Sołżenicyn zmarł, Jean Luc Melenchon, jeden z senatorów lewicy, napisał na blogu, że „zmarł ten nieudolny uzdrowiciel naszego narodu, pyszałkowaty pogromca komunizmu, homofob, który usiłował wmówić światu, że Francja eksterminowała ludzi”.
W 2006 r. stowarzyszenie „Prawda dla Wandei” skierowało petycję do Ministerstwa Kultury, by z Łuku Triumfalnego w Paryżu wymazać dwa nazwiska „zbrodniarzy wojennych”, gen. Turreau i d’Amey. Wykonywali oni w Wandei rozkazy Robespierre’a i są odpowiedzialni za masakrę przynajmniej 117 tys. ludzi (według historyków w Wandei zginęło do 500 tys. osób). Gui Francheteau, prezes stowarzyszenia, opowiada, że krótko potem w czasie jednego ze spotkań członków do drzwi zapukało dwóch mężczyzn. Byli to policjanci, którzy „mieli wyperswadować nam, że nie jest możliwa żadna akcja wymazywania czegokolwiek na Łuku Triumfalnym. Odpowiedzieliśmy, że w takim razie 14 lipca, w święto narodowe, przyjdziemy z transparentami pod Łuk i nikt nie może nas w wolnym kraju zastraszyć. A oni na to, że stanowczo odradzają nam perspektywę spędzenia dwóch godzin na komisariacie „w ten piękny lipcowy dzień”.
Doprawdy trudno uwierzyć, że to dzieje się w cywilizowanym państwie, którego jedną z dewiz jest wolność. We Francji, która pretenduje dziś u boku Niemiec do sterowania losami Europy.
Reynald Sécher: – Moją rodzinę prześladowano, szantażowano nas telefonami. Wiem, że publiczne media i państwowa telewizja otrzymały zakaz zapraszania mnie do programów. Byłem gościem jedynie stacji katolickich. Raz zaprosił mnie portal tygodnika „L’Express”.
Ale historyk jest uparty. Założył własne wydawnictwo, pisze dla dzieci komiksy, jest współproducentem filmów historycznych o Wandei. W październiku 2011 r. wyd. Cerf opublikowało kolejną szokującą pozycję Séchera, „Wandea, od ludobójstwa do pamięciobójstwa”. Aż 32 strony książki to zdjęcia i kopie dokumentów z narodowych archiwów. Są tu odręcznie podpisane rozkazy Robespierre’a, wspomniany już nakaz Komitetu Ocalenia Narodowego o „wybiciu całej ludności Wandei”, dokumentacja zbrodni, strategia i metody, którymi Paryż nakazywał rozprawić się z Wandeą.
– By udowodnić, że wnioski wyciągam na podstawie konkretnych dokumentów – mówi Sécher.
Stéphane Courtois, historyk, docenia ogrom i rzetelność pracy Séchera: – Dzięki niej światło dzienne ujrzały po raz pierwszy bezpośrednie rozkazy Komitetu, wydane dowódcom tzw. oddziałów piekielnych.
Część druga książki jest jak gorzka pigułka dla Francji. Trudno ją przełknąć, bo historyk dowodzi: współczesna historia tuszuje ślady zbrodni wandejskiej. – Tak jak Hitler usiłował wymazać prawdę o Auschwitz, a Stalin o zbrodni katyńskiej, tak dowódcy rewolucji mówili: musimy to ukryć, albo jeśli Wandejczyków wybijemy, to zwalimy na nich winę.
Sécher diagnozuje chorobę, która trawi społeczeństwo francuskie, używając określenia: „pamięciobójstwo”. To słowo wzbudziło we francuskim środowisku akademickim, szczególnie wśród członków Akademii Francuskiej, większe emocje niż określenia „eksterminacja” i „ludobójstwo”. „To znaczy, że usiłuje nam pan udowodnić, że całkowicie i celowo wymazujemy kwestię Wandei z naszej pamięci” – oburzał się Jean Clair z Akademii Francuskiej. Francja oburza się też, kiedy Sécher podkreśla, że wandejskie ludobójstwo inspirowało zbrodniarzy XX w. Tezę tę potwierdzają inni historycy.
Courtois: – Wandea była obsesją wielu zbrodniarzy. Kiedy w 1917 r. Lenin doszedł do władzy, powiedział: „Musimy eksterminować Kozaków. To jest nasza Wandea”. Dlatego dwa lata później powołano komitet ds. całkowitej eksterminacji tej grupy narodowościowej. Wandejskich technik eksterminacji użył także w 1933 r. Stalin na Ukrainie.
Sécher: – Lenin spędził jedne ze swoich wakacji w Wandei, zresztą kupił tam dom, by móc na miejscu przestudiować mechanizmy wyludniania tego regionu.
Courtois: – Studia nad Wielką Rewolucją Francuska są kontrolowane przez komunistycznych historyków od długich dekad. Są manipulowane. Wpaja się w podręcznikach, że Wandejczycy byli wieśniakami i rebeliantami antyrewolucyjnymi. Wszystko to polityczne kłamstwo.
Michele Masłowski, profesor literatury na paryskiej Sorbonie: – W programach szkolnych jest wiele niedomówień i przekłamań, a nauczyciele historii są na ogół zorientowani lewicowo. Niemniej w środowiskach uniwersyteckich wszyscy wiedzą o masakrach w Wandei. Spór między historykami od 1980 r. toczy się głównie o to, czy było to „ludobójstwo”, czy wynik krwawych powstań antyrewolucyjnych, gdzie kwestia religijna była na dalszym planie (mimo że Wandejczycy odwoływali się do wiary).
Courtois: – Dla mnie sprawa jest jasna. Ludobójstwo i eksterminacja to eliminacja ludzi za to, kim są. A z dokumentów odkrytych przez Séchera wynika, że rozkazy szły w tym kierunku. Wandejczycy byli katolikami i musieli zniknąć. Takie same motywacje miał Hitler względem Żydów.
Burza w parlamencie
W 2007 r. Lionel Luca, deputowany z regionu Alpes Maritimes, złożył propozycję ustawy, w której Francja „uzna ludobójstwo wandejskie dokonane w latach 1793–1794”. Projekt nigdy nie był rozpatrzony przez Zgromadzenie Narodowe. Dyskusja wybuchła znowu, kiedy 22 grudnia ub. roku parlament francuski przegłosował prawo o uznaniu ludobójstwa, wzmacniając jednocześnie tzw. prawo Gayssot z 13 lipca 1990 r., które odwołując się do postanowień Trybunału Wojskowego z Norymbergi, każdą negację zbrodni przeciw ludzkości uznaje za przestępstwo. Teraz każdemu, kto zaprzeczy uznanemu przez państwo francuskie ludobójstwu, a więc masowym mordom dokonanym na danej populacji w celu całkowitej jej eksterminacji, grozi kara więzienia i mandat w wysokości 45 tys. euro. W Zgromadzeniu Narodowym tego dnia omal nie doszło do bójki. Bo prawo to miało być swego rodzaju napomnieniem… Turcji, która nie chce uznać ludobójstwa ludności ormiańskiej z 1915 r. Zajmujemy się sumieniem innych państw, a co z Wandeą? – krzyknął jeden z parlamentarzystów. „W postawie moralnej Francji drzemie potworna hipokryzja. Bo w istocie nasze państwo zachowuje się tak jak Turcja, z uporem negując zbrodnie ludobójstwa wandejskiego z 1793 r.” – napisał znany komentator dziennika „Le Figaro” Ivan Rioufol.
Czy Francuzi są w stanie przyjąć prawdę? Reynald Sécher: – To niemożliwe, bo kłamstwo zadomowiło się na dobre. Dziś we Francji są setki ulic, instytucji, szkół, które noszą imię Robespierre’a czy innych generałów, jak Turreau. Upamiętniamy i gloryfikujemy zbrodniarzy – to tak jakby w Polsce nadać szkołom czy ulicom imię Hitlera lub Stalina albo oprawców ks. Jerzego Popiełuszki.
Jean Christian Petitfils, historyk: – Prawda o Wandei dotyka tego, co we Francji jest święte – Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Nasz kraj buduje od wieków swoją tożsamość na dewizie „Równość, Wolność, Braterstwo”.
Sécher: – Prawda o Wandei jest nam potrzebna, by oczyścić pamięć i sumienie. Budowanie na kłamstwie nie przynosi niczego dobrego. To, co robię, to nie z nienawiści, ale z miłości do Francji.
Sprawa Wandei jest o tyle poważna, że historia uznaje oficjalnie ludobójstwo Ormian z 1915 r. za pierwsze zaplanowane ludobójstwo dokonane przez władze państwowe. Jednak jeśli spojrzeć szerzej na historię, na prowadzenie wychodzi Wandea. I rzecz najpoważniejsza. „Wolność, Równość, Braterstwo” – dzisiejsza laicka nie tylko Francja, ale i Europa buduje na tym sztandarze swoją tożsamość. Wymalowanie na nim wstydliwej i krwawiącej plamy ludobójstwa wandejskiego mogłoby tę tożsamość zachwiać.
Joanna Bątkiewicz-Brożek, Gość Niedzielny nr 03/2012
|
Klaskaniem mając obrzękłe prawice
Czy zdarzyło się Państwu wpaść we wściekłość z jednego banalnego powodu: był super film, a jako że nie mieliście szansy obejrzeć trzymający w napięciu od początku do końca thriller, nagraliście go sobie na video. I gdy już, zaopatrzeni w chipsy, żądni wrażeń, zasiedliście do seansu, ktoś rzucił mimochodem: - A wiesz, na końcu okaże się, że X. był mordercą! T. i B. się pobiorą. A w ogóle film jest do kitu. Ot co!
Wszystko wzięło w łeb! Emocje uszły jak powietrze z przekłutego balonika. Tyle czekania, na nic. przecież film, którego zakończenie się zna, zamienia się banał. Innymi słowy: kaszana…
Wyobraźcie sobie Szanowni Państwo, analogiczna sytuacja przytrafił mi się kilka dni temu. To czym napiszę, zdarzyło się, parę dni temu. Ale czas na wpis znalazł się dopiero dzisiaj. C’est la vie.
Najpierw padła szokująca zapowiedź, iż poseł Palikot będzie palił. Jointa! I to w sejmie! Do tego nie sam, ale razem z kumplami z Ruchu Poparcia Samego Siebie. Zapowiedź solidnie nagłośniono i medialnie umocowano. Szykowało się wielkie wydarzenie.
Aż nadszedł ten dzień. Pismacy i paparazzi koczowali od samego rana, marszałek Kopacz już od 3 rano nerwowo dreptała po pokoju, straż marszałkowska oliwiła kajdanki! Wydawało się, że dzień stanie się początkiem kolejnej ery postępu, że oto na naszych oczach rodzi się nowy męczennik za wolność (konopi, ale to szczegół przecież), rzecznik postępu i obrońca uciśnionej (przez katoland) młodzieży złoży siebie w ofierze.
Jest! Idzie, wszedł do pokoju klubowego! Zapali czy nie? Prokurator, posłowie, dziennikarze wstrzymali oddechy! Co to będzie, co to będzie?... oj, oj…
Wreszcie zapalił.
Kadzidełko.
Włączyłem serwis informacyjny po godzinie 23 kiedy było już wiadomo, że poseł Palikot zamiast zaciągnąć się gandzią, okadził siebie. Po raz kolejny zresztą. Tyle przygotowań, czatowania, emocji, przypuszczeń na nic. Balonik pękł i znów się okazało, że był pusty w środku. Byłem przygotowany na dramatyczne obrazy aresztowania, łez, rozdzierania szat. A tu skucha. Finał odebrał mi chęć obejrzenia reszty.
Mainstreamowi pismacy zostali załadowani w trąbę, choć żaden się do tego nie przyznał twierdząc, że happening był przedni. Najważniejsze, że było o czym przez kilka dni mówić. Trzeba czekać na następny. A może znów ktoś wyciągnie giwerę i strzeli do siebie podczas konferencji prasowej? Lepiej nie wyłączać kamer podczas przerwy. Nigdy nic nie widomo.
Czasem się zastanawiam, czy są jeszcze jakieś granice śmieszności, których pewne środowiska nie byłyby w stanie przekroczyć? Co najdziwniejsze, zdają się tego nie dostrzegać. Nie chodzi tu już tylko o posła z Biłgoraja. Przyzwyczaił nas do absurdu, którym sprytnie żongluje, grając na nosie Polakom. Co ciekawe, kadzidełko, które sobie zapalił, urasta do rangi symbolu zachowań, które dają się dostrzec w różnych obszarach życia publicznego. Im jest więcej spraw do ukrycia – albo przeciwnie: im większa pustka w środku - tym dym ściele się gęściejszy. Ma to podwójną zaletę: maskuje lenistwo, głupotę i jednocześnie sprawia przyjemność okadzanym. Wprowadza ich w stan pozytywnego zakręcenia, utwierdzając w nicnierobieniu i małostkowości. Walka o kadzielnicę jest ostra, kolejka długa – wiadomo, że kto nią będzie wywijał intensywniej, zasłuży na pochwałę, a ta z kolei przełoży się na profity, koncesje, sprawi, że władza (wtedy, gdy będzie taka potrzeba) przymknie oko na to i owo. System się domyka. Wszyscy są zadowoleni. Publika klaszcze z zachwytu, ponieważ igrzyska trwają najlepsze. Co tam dobro kraju! Co tam przyszłość! To wszystko jest wirtualne, odległe, liczy się tu i teraz. A co z tymi, którzy dusząc się dymem, domagają się przewietrzenia? Wiadomo, oszołomy. Nic nie rozumieją. Nie ma się co nimi przejmować.
Za granicą śmieszności czai się tragifarsa. A może i rozpacz. I to jest problem, którego wielu nie dostrzega, bądź nie chce dostrzec. „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”, póki co, dobrze się bawią.
Tylko co pozostanie z Polski, gdy dym kadzidełek rozwieje wiatr historii?
ks. Paweł Siedlanowski, www.fronda.pl/blogowisko
|
Błąd czy kłamstwo?
Instytut Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie przedstawił wyniki analiz fonoskopijnych ostatnich 38 minut zapisu czarnych skrzynek Tu-154.
Polscy prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej uznali tę ekspertyzę za decydującą. Co oznacza, że zarówno odczyty sporządzone przez Centralne Laboratorium Kryminalistyki Komendy Głównej, jak i przez MAK uznano za mniej wiarygodne.Tym samym należy przyjąć, iż wyniki prac polskiej i rosyjskiej Komisji powstały na podstawie nie do końca wiarygodnych materiałów. Oznacza to także, że straciły znaczenie te ustalenia obu komisji, w których odpowiedzialność za katastrofę samolotu przypisano naciskom wywieranym na załogę za pośrednictwem gen. A. Błasika oraz pilotom, którzy jakoby źle współpracowali ze sobą i źle odczytywali pomiary wysokości. Nie jestem fachowcem i nie zamierzam udawać, że jest inaczej, ale we wszystkich rzetelnych omówieniach raportu Instytutu powtarzają się dwie ważne informacje. Pierwsza, że czarne skrzynki nie zapisały głosu gen. A. Błasika, czyli w kabinie pilotów nie padły z ust dowódcy Sił Powietrznych słowa: „250 metrów”, „100 metrów” oraz „nic nie widać”. Piloci nie powiedzieli także słów, które przypisywano im w mediach. Nie witali dowódcy, nie bali się decyzji o odejściu, nie mówili nic o „debeściakach”. Okazało się też, że drugi pilot nie milczał zagadkowo, tylko profesjonalnie współpracował z pierwszym pilotem i nawigatorem, a załoga prawidłowo odczytywała dane na temat położenia samolotu i nie myliła wysokości barometrycznej z radiową. Także decyzję o „odejściu” podjęto prawidłowo, na wysokości 100 metrów. Jeśli tak, to wracamy do kluczowego pytania o przyczyny katastrofy smoleńskiej, ponieważ odpowiedź – mgła nad lotniskiem – nie wystarcza. Komentatorzy zareagowali na ekspertyzę krakowskiego IES bardzo szczególnie, prawdę mówiąc, dość infantylnie. Z jednej strony domagano się od ministra J. Millera przeprosin, z drugiej strony bagatelizowano znaczenie ustaleń krakowskich biegłych.
„Gazeta Polska” zażądała na pierwszej stronie tygodnika: „Przeproście ich!”, a rzecznik rządu III RP Paweł Graś oświadczył: „Nie ma znaczenia, czy w kokpicie tupolewa był generał Błasik, czy nie. To już nie przywróci życia tym, którzy w tej katastrofie zginęli”. Bardzo przepraszam, ale nie jesteśmy u cioci na imieninach i nie chodzi o nieumyślne rozmazanie czekoladowego tortu na białym obrusie. Co zmieni słowo „przepraszam” w ustach osób źle wywiązujących się z obowiązku ustalenia przyczyn katastrofy samolotu, w którym zginęli reprezentanci ich państwa z prezydentem kraju na czele? My, obywatele i podatnicy, płacimy im za profesjonalne i zgodne z polską racją stanu wypełnianie obowiązków. Mamy więc prawo oczekiwać, że ustrzegą się błędów, ale też chcemy wiedzieć, czy popełniono je z powodu niekompetencji, czy z powodu przekonania, że można je bezkarnie popełnić. Raport Komisji J. Millera już nie przekonuje. Dlaczego więc premier rządu nie uważa za konieczne powołanie nowej, bardziej profesjonalnej i bardziej wiarygodnej komisji? Słowo „przepraszam” nabierze sensu, gdy polscy prokuratorzy i eksperci zrobią absolutnie wszystko, co do nich należy, i to zgodnie z wymaganiami prawa, wiedzy naukowej, kodeksu etycznego oraz polskiej racji stanu. Dopiero wtedy ich „przepraszam” zabrzmi przekonująco. Najbardziej reprezentatywnym przedstawicielem komentatorów po „drugiej stronie” jest rzecznik rządu Paweł Graś, który zadeklarował bezsilność w kwestii przywracania życia zmarłym. Domyślam się, że nie ma najlepszego zdania o źle wykształconych członkach smoleńskiej sekty, odzianych w moherowe berety, ale zapewniam go, że oni też znają tę słabość rządu D. Tuska i nie oczekują od niego rzeczy niemożliwych.
Spodziewają się tylko tego, co możliwe, czyli prowadzenia spraw polskiego państwa zgodnie z polską racją stanu. Jeśli ustalenia wszystkich powołanych komisji, ekspertów, prokuratorów i biegłych nie są dla rządu ważne, „bo nie przywrócą życia tym, którzy zginęli”, to po co wydajemy – w czasach kryzysu – pieniądze na te prace, na loty do Moskwy i Smoleńska, na tłumaczenia niekoniecznie wartościowych, rosyjskich dokumentów? Nie wiem, czy stanowisko rzecznika rządu wyraża poglądy D. Tuska. Jeśli tak, to jakie cele postawiono przed Komisją J. Millera i zespołem prokuratorów śledczych? Bo przecież nie przywrócenie życia tragicznie zmarłym. Jeśli właśnie ujawnione nowe fakty nie mają dla rządu RP żadnego znaczenia, to jaki jest sens pracy wszystkich tych komisji i zespołów? Czy mają ustalić prawdę, czy tylko taką prawdę, która uwolni żyjących od odpowiedzialności? Dopiero dzisiaj, za rządów D. Tuska zrozumiałam wagę słów Jana Pawła II o wolności i prawdzie: „Człowiek jest wolny (...) także dlatego, żeby mówić nieprawdę, ale nie jest naprawdę wolny, jeśli nie mówi prawdy.(...) zachłystujemy się wolnością słowa, której przedtem nam odmawiano, ale zapominamy, że nie ma prawdziwej wolności bez prawdy. Poza prawdą wolność (...) jest pozorem. Jest nawet zniewoleniem” [Olsztyn, 1991]. W wolnym kraju wolno kłamać. Ale gdy kłamstwo służy ukryciu prawdy o błędach, przestępstwach czy zbrodniach, to jego cena jest bardzo, bardzo wysoka. Płacimy ją nie tylko w złotówkach. Płacimy za nie także naszą wolnością.
Barbara Fedyszak-Radziejowska, Gość Niedzielny nr 04/2012
|
Spisane będą czyny i rozmowy
Rzecznik rządu w ostatnim geście rozpaczy próbuje przekonać Polaków, że „nie chodzi o to, by przeciwstawiać sobie obie ekspertyzy”: komisji Millera (głos Błasika w kokpicie) i krakowskich biegłych (to nie Błasika głos). Problem w tym, że dokumentów spisanych i podstemplowanych nie sposób nagiąć do potrzeb rządu. Tych ekspertyz nie trzeba przeciwstawiać, one po prostu się wykluczają. A dlaczego? Zdaniem Pawła Grasia chodzi o to, że „wraz z postępem technicznym” dowiadujemy się nowych rzeczy.
Czy jest w Polsce jeszcze ktoś, kto takie wystąpienia partii rządzącej traktuje poważnie? Oczywiście – nazywa się Tusk, Donald Tusk i właśnie „po zasięgnięciu opinii ekspertów” (tych z komisji Millera) zdecydował, że nowej, nieskompromitowanej komisji badającej przyczyny katastrofy smoleńskiej nie budiet, izwinitie, nie będzie. A jednak, mimo tego, że na naszych oczach wciąż rośnie wysypisko smoleńskich kłamstw rzucanych przed wieprze tylko (a może nie?) dlatego, że na najwyższych szczeblach władzy uznano, iż jakiekolwiek obarczanie przyjaciół Moskali winą za katastrofę oznaczać będzie spadek poparcia Platformy, a może i wzrost poparcia PiS, wciąż pielęgnuję w sobie wiarę, że prawda ujdzie cało. Jaka by nie była. Bo na kłamstwie buduje się wyłącznie reżimy.
Może się więc Janusz Palikot ze swoją cudaczną drużyną choćby i rozebrać do naga, a potem biegać dookoła Sejmu z gołą prawdą o własnym charakterze. Może wypalić nie jednego, a całą paczkę skrętów z marihuaną, a potem u Moniki Olejnik opowiadać, co widział, co słyszał, i czy było zajefajnie czy odjazdowo. Może już dziś ze sztabem ludzi od śmierdzącej roboty główkować i tłuc tym, co ma na szyi, w ścianę, by wymyślić kolejne sposoby „przykrycia” hańby i całkowitej indolencji rządu Platformy Obywatelskiej przy prowadzeniu śledztwa smoleńskiego. To se ne vrati, pane Palikotu, to se ne vrati. Przypomnieć tu zresztą trzeba, że to właśnie właściciel świńskiego ryja przekonywał, iż według jego informacji „wszyscy na pokładzie tupolewa byli pijani”. Dziś – zapewne z dobrego serca – swoją akcją „Zapalę trawkę w Sejmie” wyciąga rękę do rządu Donalda Tuska, by pomóc mu wydostać się z postsmoleńskiego bagienka kompromitacji. Palikota wspiera swym gwałtownym oburzeniem, a jakże, nagle zatroskana o zdrowie Polaków marszałek Ewa Kopacz. Wspierają media te, co zwykle, wiadomo, wszystkie kłamstwa na pokład.
I tak słyszymy np. w serwisach informacyjnych, że „nie ma dowodu, iż generał Błasik był w kokpicie, ale nie ma też dowodu na to, że go tam nie było”. Fajne, prawda? Choć nawet w „urbanowych” uszach najbardziej oddanych salonom dziennikarzy nie brzmi to chyba dobrze, skoro natychmiast pojawia się nowa śpiewka – ciało Błasika znaleziono „w okolicach kokpitu”, więc musiał w tymże kokpicie siedzieć, stać lub chociaż żłopać z gwinta wino za 3 złote. Niestety – dla smoleńskiej sekty ( jak trafnie nazwał w salonie24 środowisko fałszujące prawdę o katastrofie jeden z najlepszych polskich blogerów – Rybitzky), kłamstwo wciąż ma krótkie nóżki i choćby te nóżki wszyscy ludzie premiera i prezydenta, w Polsce i w Rosji, ciągnęli wołami, prawda prędzej czy później i tak wyjdzie na jaw. Oczywiście, można – jak premier – udawać, że Tomasz Arabski i jego żenująco-skandaliczna postawa wobec śp. prezydenta Kaczyńskiego nie miała tu nic do rzeczy, można go nawet – jak premier – awansować. Można – jak prezydent – być głuchym na dziesiątki rzetelnie udokumentowanych publikacji mówiących o rażących zaniedbaniach Biura Ochrony Rządu, można nawet – jak prezydent – szefa tegoż BOR-u odznaczać i doceniać. Można opowiadać głodne kawałki – jak minister Sikorski – o tym, że wkrótce odzyskamy wrak, a gdy go nie odzyskujemy, twierdzić – jak Sikorski – że „wrak już nie jest dowodem”. Można wreszcie – jak „Gazeta Wyborcza” – przykuć się kajdanami manipulacji do kaloryfera z napisem „Błasik winny” i trwać tam, aż nie przyjadą lekarze. Ale kłamstwa smoleńskiego się jednak w prawdę nie zmieni.
Nie ukryje się, że tysiące pustych słów o wielkim zaufaniu do Rosjan, o wielkiej naszej z nimi przyjaźni, to jedynie medialne balony rzucane przed lemingi. Bo od początku ci właśnie Rosjanie nie potrafili nam zaprezentować choćby taśmy z zapisem wydarzeń 10 kwietnia. Czemu? Magnetowid... się zepsuł. Starania naszej dyplomacji (a raczej tego, co z niej zostało) o jakąkolwiek pomoc ze strony rosyjskiej przy wyjaśnieniu przyczyny tragedii to pasmo polskiego wstydu. Co gorsza, kilka lat permanentnej indoktrynacji sprawiło, że część Polaków naprawdę uwierzyła w choćby i najbardziej absurdalne przyczyny katastrofy – że piloci lądowali na rozkaz prezydenta, że ten z kolei otrzymał taki rozkaz od swojego brata, że skoro w czasie lotu do Gruzji Lech Kaczyński chciał wylądować bliżej dramatycznych wydarzeń, by być szybciej w ich centrum, to i tu, nad Smoleńskiem kazał lądować niezależnie od warunków. Że piloci – jak chcą ich koledzy zapraszani do studia TVN24 – byli samobójcami, i kiedy mówili, że nie chcą lądować, to chcieli. I że nazywali się „debeściakami”. I że Błasika bali się bardziej niż śmierci.
Nad pilotami TVN24 warto by się zresztą pochylić nieco dłużej, gdyby nie fakt, że nic nie wytwarza tak brzydkiego zapachu jak ludzie, którym parcie na szkło i poklepywanki w gabinetach odbierają przyzwoitość wobec zmarłych kolegów. Po stokroć wolałbym i dziś lecieć samolotem pilotowanym przez śp. Arkadiusza Protasiuka niż któregoś z tych kilku, pożal się Boże, oblatywaczy smoleńskiego kłamstwa.
Lista hańby jest zatrważająco długa, bo nie ma tu mowy o jakichś pomyłkach, niedopatrzeniach, kontrowersjach czy wątpliwościach. Od dnia katastrofy trwa festiwal obrażania tych, którzy dążą do prawdy o Smoleńsku i wynoszenia na piedestał tych, którzy mocniej obryzgają pamięć ofiar. Pomnika na Krakowskim Przedmieściu nie ma. Znicze sprzątano, zanim wygasły. Dwieście tysięcy osób, które w kilkunastogodzinnej kolejce czekały, by pożegnać parę prezydencką, budziło lęk publicystów i współpracowników prorządowych mediów. Słowo „naród” do dziś wywołuje ich strach. Andrzej Wajda, by ten naturalny zryw współczucia zdeprecjonować, rzucał wychwalane przez „Wyborczą” hasło, by palić znicze na grobach sowieckich żołnierzy. Lista hańby jest długa i wiele na ten temat powstanie książek, filmów dokumentalnych, może kiedyś i fabularnych.
A wszystko zaczęło się od słów Palikota, że to, co zostanie uczynione ze śledztwem smoleńskim, będzie decydowało o kształcie polskiej polityki przez najbliższe pięć lat. Pierwszy i zapewne ostatni raz zgadzam się z Palikotem, choć zakończenie tej historii będzie chyba jednak inne niż mu się marzyło. Nie minęły dwa lata, a już wielka wieża kontroli prawdy o locie chwieje się w posadach. Rozsadzają ją korzenie, które wolna Polska zdążyła zapuścić w świadomości Polaków i w tych nielicznych instytucjach, którym udało się obronić przed tefałszenizacją życia publicznego.
Krzysztof Feusette, www.wsieci.rp.pl
|
|
| Święta, uroczystości | św. Tomasza z Akwinu, kapłana i doktora Kościoła - wspomnienie obowiązkowe Imieniny: Piotra, Walerego, Tomasza |
|